Historia pewnej kuleczki oraz kurzego jajeczka

autor Klaudia
kurze jajka

Gdy Adaś był mały, chodziłam z nim na zajęcia dla mam i dzieci do Children’s Centre. O istnieniu tego rodzaju placówek dowiedziałam się od położnej na jednej z wizyt domowych. Czym zajmują się centra dziecięce w Anglii? Oferują wsparcie i pomoc świeżo upieczonym rodzicom: udzielają porad, organizują kursy i wykłady, a także regularne zajęcia dla najmłodszych w specjalnie przygotowanych salach z zabawkami. Ja i Adaś trafiliśmy najpierw do grupy Baby Club dla niemowląt, a następnie na zajęcia Stay&Play przeznaczone dla dzieci chodzących (czyli od około roczku wzwyż).

W trakcie uczęszczania na te zajęcia zauważyłam pewne dziwne zachowanie u Adasia. Otóż, za każdym razem znajdował sobie w pudełkach z zabawkami jakiś mały okrągły przedmiot (najczęściej była to kuleczka), który trzymał przez cały czas w swojej łapci. Zastanawiałam się, czemu on wszędzie chodzi z tą kuleczką – przecież wygodniej byłoby mu się bawić, gdyby miał obydwie rączki wolne. On jednak uparcie nie wypuszczał kuleczki z rąk, a na wszelkie próby zabrania mu jej mocno protestował.

Mało tego, po pewnym czasie, z zupełnie nieznanych nam powodów, Adaś zaczął domagać się… zwykłego kurzego jajka… Tak, z lodówki. Nie, nie do jedzenia. Do trzymania. W dłoni. I zabierania ze sobą zawsze wtedy, gdy wychodziliśmy z domu…

Bardzo dziwiło mnie to zachowanie Adasia i przez jakiś czas nie wiedziałam, o co chodzi. Aż pewnego pięknego dnia doznałam olśnienia. Przypomniał mi się artykuł, który czytałam bodajże, kiedy byłam jeszcze w ciąży. W artykule tym pewna mama opisywała rozwój swojej córeczki, która to, gdy zaczęła raczkować, ciągnęła wszędzie ze sobą małego misia. Wyglądało to komicznie, ponieważ poruszała się do przodu na czworaczkach, a następnie cofała się, by zabrać misia – w praktyce kręciła się w jednym miejscu. Z punktu widzenia osoby dorosłej, taki miś był zupełnie niepotrzebny, po prostu przeszkadzał i utrudniał przemieszczanie się. Mimo to, raczkująca dzidzia bez misia… nie raczkowała. Miś musiał być, zawsze i wszędzie, i na dodatek zawsze ten sam.

Jaki jest powód takiego zachowania? Małe dzieci, gdy zaczynają raczkować, przejawiają dość silną potrzebę poznawania świata. Jednocześnie, nie czują się jeszcze zbyt pewnie, gdy oddalają się od mamy (lub głównego opiekuna). Dla niemowlęcia mama jest przecież centrum wszechświata, jest wszystkim. Tak więc, z jednej strony dziecko chce badać i odkrywać świat na własną rękę, a z drugiej – troszkę obawia się rozłączenia z mamą, której obecność daje mu silne poczucie bezpieczeństwa. Zatem, co w takiej sytuacji robi dziecko? Wybiera sobie jakiś przedmiot (może to być maskotka, kocyk, tetrowa pieluszka lub coś innego) i ciągnie go wszędzie ze sobą. Przedmiot ten jest pewną namiastką mamy, jest zawsze z nim (tak jak wcześniej mama) i właśnie z tego powodu zapewnia mu niezbędne poczucie bezpieczeństwa.

Na samym początku nie skojarzyłam zachowania Adasia z mechanizmem opisywanym w tamtym artykule. Być może dlatego, że u niego wyglądało to inaczej. Przede wszystkim jego zamiłowanie do kulek i kurzych jajek pojawiło się znacznie później, mniej więcej gdy miał półtora roku. Był to okres, gdy chodziliśmy na zajęcia do Children’s Centre. Adaś stawał się coraz bardziej świadomy, wiedział, że jesteśmy w obcym dla niego miejscu, w którym nie do końca czuł się pewnie. Natomiast nie przejawiał tego typu zachowania, gdy raczkował. Zazwyczaj wtedy przebywaliśmy w domu – Adaś wiedział, że ja zawsze jestem. Nie potrzebował dodatkowego wsparcia w trakcie eksplorowania zakamarków naszego mieszkania.

Dość nietypowe było również to, że na swój „magiczny amulet” wybrał sobie kuleczkę, a następnie jajeczko. Nie zawsze musiała to być ta sama kulka czy jajko, chodziło raczej o to, żeby był to przedmiot o okrągłym lub owalnym kształcie, który po prostu fajnie trzymało się w dłoni.

Jak tylko zorientowałam się o co chodzi, zawsze wtedy, gdy się gdzieś wybieraliśmy, dawałam Adasiowi kuleczkę. Kilka zapasowych wkładałam do kieszeni lub torebki, na wypadek gdyby swoją zgubił. Z czasem Adaś zaczął upierać się przy tym, żeby zabierać ze sobą jajko. No cóż… dostawał jajko, najczęściej surowe, bo nie zawsze miałam czas, żeby je wcześniej ugotować. (Różnie to jajko później kończyło 🙂).

Adaś z jajkiem w pociągu

Adaś z jajkiem wybrał się również na wycieczkę do Londynu 🙂

Jajko pomogło też Adasiowi łatwiej przejść przez bardzo trudny dla niego okres, a mianowicie, kiedy zaczął chodzić do żłobka. Miał wtedy dwa latka i cztery miesiące. Wszystkie panie w żłobku wiedziały, po co Adasiowi jajko i choć wywoływało to na ich twarzach szeroki uśmiech, to na szczęście rozumiały…

Po jakimś czasie, gdy Adaś przyzwyczaił się do żłobka i poczuł się tam pewnie, jajko przestało mu być potrzebne. Spełniło swoją rolę i odeszło w zapomnienie. Teraz pojawia się już tylko od czasu do czasu na talerzu.

Historia z jajkiem w tle przypomniała mi się niedawno w związku z nadchodzącymi Świętami Wielkiej Nocy. Któż by pomyślał, że w zwykłym jajku może tkwić aż taka moc 🙂 Moc dawania poczucia bezpieczeństwa małej istocie ludzkiej…

Wesołych Świąt oraz… Smacznego Jajka!!!

PS. Ciekawa jestem, jak to było u Was? Czy wasze dzieci również przejawiały podobne zachowanie?

Zapraszam na mojego Facebooka: Klaudia Bloguje

Przeczytaj również:

O angielskim wychowywaniu dzieci słów kilka

O hartowaniu dzieci w Anglii

Rodzice kontra bezdzietni

Recenzja książki “Spokojni Rodzice, Szczęśliwe Dzieci. Bliskość zamiast krzyku”

Jak radzić sobie z napadami złości u dziecka?

Oswoić swój cień

Mój blog – Oficjalne Otwarcie

Zobacz również

Zostaw komentarz